W dniach 21.01 – 18.02 zapraszamy na retrospektywę twórczości Alfreda Hitchcocka. Pokażemy aż pięć dzieł mistrza: Zawrót głowy, Psychozę, Ptaki, Okno na podwórze i Północ – północny zachód. Przegląd odbywa się w ramach cyklu Mistrzowski Kwintet.
HARMONOGRAM POKAZÓW:

ZAWRÓT GŁOWY (1958)
Hitchcock romantyczny, pogrążony w obsesjach, najbardziej wzniosły i zmysłowy: Zawrót głowy to doświadczenie totalne, wciągające nas w wir tropienia, podglądanie i konfrontację z pięknym fetyszem. James Stewart wciela się w rolę emerytowanego detektywa z San Francisco, który śledzi zjawiskową Madeleine (Kim Novak), żonę swojego przyjaciela. Kręte uliczki miasta zaprowadzą tę parę do świata z pogranicza jawy i snu, mieszającego teraźniejszość z przeszłością, rzeczywiste wydarzenia z urojeniami. Film uznawany często za największe arcydzieło w historii kina. / Sebastian Smoliński
Poemat obsesji i zarazem jedno z prawdziwie dekadenckich arcydzieł sztuki XX-wiecznej, w którym psychoseksualna obsesja urasta do rangi estetycznego sakramentu. Wszystko, co pojawiło się w późniejszym kinie w rubryce pt. „zmysłowe delirium” (De Palma, Almodòvar, Verhoeven, Ducournau), można prześledzić wstecz do Hitchcocka i jego boskiego Vertigo. Film zaczyna się od próby hipnozy: spiralne kręgi wirują nam przed oczami, a muzyka Bernarda Herrmanna topi nam zwoje mózgowe swą romantyczną i kompulsywną frazą. Po prostu majstersztyk! / Michał Oleszczyk

PÓŁNOC – PÓŁNOCNY ZACHÓD (1959)
Pan Hitchcock zaprasza na filmowy roller coaster w Technicolorze. W ćwierć wieku po tym, jak wynalazł formułę komediowego thrillera w 39 krokach (1935), Mistrz bierze na warsztat przepyszny scenariusz Ernesta Lehmana (z tytułem pożyczonym z Hamleta), obsadza w roli głównej (po raz ostatni w swojej filmografii!) ulubionego leading mana w osobie Cary’ego Granta, po czym cieszy się szpiegowską gonitwą i zabawnymi perypetiami przez dwie godziny z okładem. Wszystko to na szerokim ekranie VistaVision (który ostatnio wrócił jako fetysz w Brutaliście i Jednej bitwie po drugiej). Grant gra tutaj zwykłego gościa z nieco nadopiekuńczą matką, który na jedno pstryknięcie palcami (dosłownie!) ląduje w środku szpiegowskiego pandemonium. Za żywioł kobiecy odpowiada boska Eva Marie Saint – ostatnia Hitchcockowska blondynka w wersji beztroskiej i zwiewnej. Czysta kinowa rozkosz. / Michał Oleszczyk
Doświadczenie, którego nie zapomnę: seans Północ, północny zachód w sali pełnej amerykańskich widzów i odkrycie, że ów „thriller”, „dreszczowiec”, „szpiegowski klasyk” to przede wszystkim niesamowicie zręczna komedia. Wbrew obiegowym opiniom, dla Hitchcocka humor był prawie zawsze ważniejszy od strachu: tutaj Anglik osiągnął proporcje doskonałe, inscenizując coś na kształt Mad Menów napisanych przez rezydującego w Hollywood Franza Kafkę. Blockbuster z tego samego roku, co Ben-Hur i chyba z równie spektakularnymi scenami pościgów: na ikonicznym już polu kukurydzy, w luksusowym pociągu, na Górze Rushmore. Kino jako zabawa w kotka i myszkę, z wkładką paranoidalną – stylowe, szarmanckie, wyprzedzające Jamesa Bonda o dobrych kilka lat i kładące szyny pod szpiegowski eskapizm lat 60. / Sebastian Smoliński

OKNO NA PODWÓRZE (1954)
Największe stężenie Hitcha w Hitchu. Opowieść o poczciwym podglądaczu z nudów, który w trakcie rekonwalescencji po złamaniu nogi zaczyna podejrzewać sąsiada o zabicie żony. A może raczej: zaczyna fantazjować o tym, że kobietę, z którą się jest, można jakoś… usunąć? Ta wyborna czarna komedia to moim zdaniem największe Hitchcockowskie arcydzieło: rozegrane niemal w całości w przestrzeni jednego mieszkania, z równoległymi historiami rozwijanymi w każdym niemal oknie tytułowego podwórza. / Michał Oleszczyk
Hitch w żywiole kina studyjnego: olbrzymia dekoracja przemyślanego do najmniejszego detalu podwórza, na które spogląda unieruchomiony na wózku i tropiący rzekomą zbrodnię James Stewart: obok Cary’ego Granta ulubiony gwiazdor reżysera. Perfekcyjna mieszanka humoru, suspensu i obyczajowych smaczków, które – wraz z zachwycającą rolą Grace Kelly – tworzą całość o nieodpartym uroku. Dreszczowiec o robieniu i oglądania kina, traktat o pozycji widza kinowego: równocześnie konceptualny i stuprocentowo rozrywkowy. / Sebastian Smoliński

PTAKI (1963)
Rewolucyjne efekty specjalne tego filmu są jak jaskiniowe rysunki naskalne, kiedy zestawić je z cyfrowymi cudami Avatarów. A jednak… wolę spędzić kolejne dwie godziny patrząc na Hitchcockowskie ptaszyska, optycznie wkopiowywane w kadr, niż dać się po raz kolejny osaczyć CGI-owym stworom Camerona. Ptaki to film, który zaszokował mnie w dzieciństwie, kiedy zobaczyłem go w telewizji. Osobiście odbieram go jako Hitchcockowską ripostę w stosunku do kina Disneyowskiego, w którym natura jest człowiekowi przyjazna do tego stopnia, że aż opanowała jego mowę. Tutaj przyroda jest wobec nas nie tylko chłodno obojętna, ale staje się nam aktywnie wroga. Pamiętajmy, że ten film powstaje na dekadę przed Szczękami – po raz kolejny Hitch jakby od niechcenia wynajduje i doprowadza do perfekcji gatunek, który napędza popularny horror po dziś dzień. Brak muzyki w scenie ostatniej jest wisienką na torcie i genialnym posunięciem, dzięki któremu wychodzimy z kina w ciszy takiej samej, w jakiej odjeżdżają w dal bohaterowie. I z tak samo zdruzgotanym poczuciem zadomowienia w świecie. / Michał Oleszczyk
Chyba najbardziej ambitnie pomyślany thriller Hitcha, rozpętujący skrzydlaty ogień piekielny w sposób całkowicie niepozorny: w jednej z moich ulubionych scen ptaki siadają na metalowych rusztowaniach placu zabaw jeden po drugim, by na koniec przeistoczyć się w wielką, nieokiełznaną, głośną chmarę. Ptaki to na jednym poziomie kolejny romans z dreszczykiem w karierze reżysera; prosta opowieść o eleganckiej singielce Melanie Daniels (Tippi Hedren), która podąża tropem spotkanego w sklepie zoologicznym prawnika Mitcha Brennera (Rod Taylor) i trafia do nadoceanicznej kalifornijskiej mieściny Bodega Bay. Na kolejnym poziomie oglądamy freudowską grę w emocjonalne szachy: kto chce się wiązać w relację – i z kim? Co na to matka mężczyzny? Czy szykuje się dramatyczny powrót wypartych treści…? W jeszcze innym wymiarze to mroczna, jednocześnie antropologiczna i animalistyczna, próba sportretowania naszego uwikłania w świat instynktów, pożądania i przemocy, który operuje językiem pozbawionym słów. Zostają odgłosy trzepotu skrzydeł i pionierska, elektroniczna ścieżka dźwiękowa. / Sebastian Smoliński

PSYCHOZA (1960)
Tonacja minorowa, forma ascetyczna, ekipa telewizyjna – rezultat szokująco nowoczesny. Najważniejsze obok Do utraty tchu Godarda modernistyczne arcydzieło, które na dobre pogrzebało umiarkowane ideały kina klasycznego. Marion Crane (Janet Leigh), sekretarka w biurze nieruchomości w Phoenix w Arizonie, kradnie 40 000 dolarów i ucieka do Kalifornii, zatrzymując się na nocleg w przydrożnym motelu zarządzanym przez nieśmiałego Normana Batesa (Anthony Perkins). Perwersyjna podróż przez piekło występku i kary za grzechy to gotycki horror, psychologiczna łamigłówka i obyczajowa, czarno-biała historia o chłopcu, który kochał swoją mamę odrobinę zbyt mocno. / Sebastian Smoliński
Tym filmem Hitchcock naruszył ciągłość rozwoju kina jako sztuki narracyjnej zadłużonej w powieści i teatrze XIX wieku. Jego gest jest jeszcze bardziej radykalny od rewolucji Godardowskiej, bo Hitch podłożył bombę pod pluszowy fotel widza kina głównego nurtu. Psychoza nie tylko pioniersko poruszyła temat fascynacji seryjnymi mordercami, który napędza popkulturę do dziś – przede wszystkim jest to film, który odebrał mainstreamowej widowni bezpieczeństwo. Co więcej, mamy tu do czynienia z reżyserską wirtuozerią mimo skromności budżetu, co rozpoznała nawet Akademia Filmowa, nominując Hitchcocka do tego Oscara, który mu się najbardziej w karierze należał. / Michał Oleszczyk
Mistrzowski kwintet: Alfred Hitchcock. Dwugłos w ramach wprowadzenia
Michał Oleszczyk: Wiem, że obydwu nam bliskie jest słowo „klasyka”. Ale czy mówiąc o Hitchcocku per „klasyk”, czegoś mu czasem nie zabieramy? Hitch zawsze mówił, że swymi filmami chce grać na emocjach widzów; że widownia to jego instrument, a rzemiosło filmowe to uderzanie we właściwe struny tego instrumentu. Mówiąc „klasyk” chyba izolujemy się od tych uderzeń? Bo klasyk jest szacowny, zacny… bezpieczny! Czy Twoim zdaniem te filmy, które zobaczymy w cyklu, są bezpieczne? A może potrzebny jest nam trigger warning: Hitch sprawi, że poczujesz coś, czego jeszcze nie czułeś?
Sebastian Smoliński: Hitchcock jest jednocześnie klasyczny i współczesny – mam nadzieję, że widzowie naszego przeglądu nie dostrzegą w tym sprzeczności. Nie da się ukryć, że to, co było „niebezpieczne” w latach 50., stało się już trochę oswojone; że wejście ikonicznych obrazów Hitchcocka na stałe do globalnej popkultury uczyniło z niego reżysera „rozpoznanego”. Ale będę uparcie twierdził: na pewno nie oczywistego. Od 2019 roku nagrywamy razem anglojęzyczny podcast „Foreign Correspondents: Deeper into Hitchcock” o całej filmografii Hitcha, za nami już ponad 40 odcinków – a więc powrót do kilkudziesięciu filmów. Ta przygoda pokazała mi, że tylko pozornie znamy to kino. I przede wszystkim: dopiero w kinie wizjonerstwo reżysera ujawnia w pełni swoją logikę wielkiego ekranu: w zakresie użycia gwiazdorskich twarzy, muzyki, montażu, kompozycji i ruchu kamery. Trigger warning: poczujesz coś, czego jeszcze nie czułaś, oglądając Hitchcocka w kinie!
Michał: Idealnie powiedziane! Mimo że moja przygoda z Hitchem trwa już ponad trzydzieści lat (zaczęła się z telewizyjnym seansem Ptaków w 1992 roku), zawstydzająco mało filmów Hitchcocka miałem okazję oglądać na dużym ekranie. A ilekroć to się udawało, przekonywałem się z całą mocą, że Hitch planował te filmy właśnie na duży ekran, jako doświadczenie kinowe. On sam świetnie znał różnicę między opowiadaniem telewizyjnym a kinowym – w końcu był pionierem serialowym, dzięki cyklowi Alfred Hitchcock przedstawia. Ale w kinie okazał się prawdziwym geniuszem zarówno w użyciu czerni i bieli, koloru, jak i dźwięku. Dodałbym też, że eksperymentował z nowymi możliwościami technicznymi, np. z systemem szerokoekranowym VistaVision, w którym nakręcił obecne w przeglądzie tytuły: Zawrót głowy i Północ, północny zachód. W Ptakach bawił się nowatorskimi efektami specjalnymi jak, nie przymierzając, James Cameron! To cudowne, że będzie można zobaczyć to na dużym ekranie. A zmieniając nieco temat… O czym są dla Ciebie filmy Hitchcocka przede wszystkim? Zapomnijmy o formie i zapytajmy o treść. Czy jest jedno słowo, które przychodzi Ci na myśl, kiedy myślisz o „Hitchcockowskim temacie”?
Sebastian: Pytasz o jedno słowo, a oczywiście Hitchcock to temat-rzeka i całe uniwersum. Ale jeśli miałbym wybierać, to tym słowem byłby lęk. Po naszej powtórce z Hitchcocka zacząłem wyraźniej dostrzegać kruchość portretowanych przez niego postaci i rodzaj thrillera, jaki wypracował. W filmach tego bodaj najpopularniejszego reżysera wszech czasów mamy stosunkowo mało sprawczości – to nie są opowieści, w których bohaterowie i bohaterki pokonują przeszkody, rozprawiają się ze złem, a na koniec mamy jako widzowie satysfakcję, że kibicujemy zaradnym, przebojowym postaciom (jak w większości kasowych hitów innych twórców). Postaci hitchcockowskie są zalęknione, niepewne, przestraszone, błądzą – i Hitch genialnie oddawał właśnie to poczucie zagubienia, strachu i wstydu. Myślę, że dotyczy to wszystkich filmów, jakie pokazujemy w Mistrzowskim kwintecie, nawet jeśli poszczególne z nich mają nominalnie tzw. szczęśliwe zakończenie. A dla Ciebie czym jest ów „Hitchcockowski temat”?
Michał: Myślę, że jest nim poczucie winy – jak na katolika przystało, bo Hitchcock jest jednym z arcykatolickich reżyserów, na równi z Robertem Bressonem czy Ermanno Olmim. Ten lęk, który trafnie nazwałeś, ma źródło w świadomości grzechu, która u Hitchcocka zostaje pożeniona z umiłowaniem makabrycznego poczucia humoru. Hitchcock przeczuwa, że Bóg może być okrutnym żartownisiem – raz po raz bohater Hitchcockowski wpada w tarapaty, mimo że jest relatywnie „niewinny”, tylko po to, by odkryć, że ta jego niewinność jest pozorna. Idealnym przykładem jest L.B. Jeffries z Okna na podwórze, którego jedynym grzechem jest ciekawość… dopóki nie zdamy sobie sprawy, że morderca z naprzeciwka w pewnym sensie realizuje najskrytsze marzenie Jeffa o życiu wolnym od małżeństwa. Dla mnie tematem twórczości Hitcha jest niemożność ucieczki od samego siebie. Możemy dokonać nagłego aktu skruchy, jak Marion Crane – ale właśnie wtedy okrutny los złoży nam fatalną wizytę pod prysznicem. Możemy żyć beztrosko, jak Roger O. Thornhill, ale na nasze królewskie pstryknięcie palcami odpowie nie kelner, ale złośliwe przeznaczenie. I to właśnie kadr z Północy, północnego zachodu jest kluczem do Hitcha: puste pole, niebo po horyzont, pojedynczy człowiek, a nad nim – atakujący samolot. Hitch nie zna pojęcia przyjaznego kosmosu. Świat na nas czyha, a do ucieczki musimy być gotowi dzień i noc.
Sebastian & Michał: Zapraszamy do królestwa suspensu!

